Don’t look down.
Z pewnym zażenowaniem spoglądam na swoje fioletowe paznokcie, pełne odprysków i generalnie nieschludne. Podciągam nogi i opierając brodę o kolana, bujam się jednostajnie w przód i w tył i przyglądam się matce, która z niedowierzaniem kręci głową.“To ile to lat?” 14 lat, mamo. “I jak to tak?” Zupełnie normalnie, mamo. “Nie jest ci wstyd?” No, ale czego, mamo? “Co będzie dalej?” Zupełnie nie wiem, mamo. Ale mam nadzieję, że będzie dobrze.
Ażeby ogarnąć fakt, iż związałam się z mężczyzną (brzmi, jakbym przykuła się do niego łańcuchem niczym zdesperowany ekolog do drzewa w Dolinie Rospudy albo w samym sercu puszczy amazońskiej), który wyprzedza mnie metryką o te 14 lat, matka potrzebuje zapewne więcej czasu. I nie sądzę, czy i to pomoże. Na razie korzystam z tego, że jest w ciężkim szoku i doprowadzam wszelkie sprawy związane z wyprowadzką do bombowego finału z mnóstwem fajerwerków i obficie polanego szampanem. Nawet żebym miała go wypić całkiem sama. A potem, kiedy ona będzie powoli dochodzić do siebie, spakuję się z prędkością światła i wyjadę. Taki mam plan. Szczwany plan.
Nie sądziłam, że rozstać z człowiekiem jest tak trudno. “Wiesz – mówię mu – powinniśmy się rozstać zaraz na samym początku. Nie byłoby żalu, tej goryczy i generalnie kwasu między nami. Szybko by się zapomniało.” D. przyjął wszystko spokojnie, powiedział mi nawet, że był na to przygotowany jeszcze przed zaręczynami i czekał, kiedy w końcu podejmę decyzję, bo trzeba wiedzieć, że D. jest dżentelmenem przez duże “dż” (a przynajmniej za takiego się uważa) i nie chciał mnie upokorzyć i odejść pierwszy. Oczywiście padło sztandarowe pytanie “Czy zostaniemy przyjaciółmi?”, na które w odpowiedzi gwałtownie potrząsnęłam głową w geście zaprzeczenia. Nie mogłabym przyjaźnić się z ex. Z żadnym z moich ex nie byłam w stanie utrzymać takich relacji przyjacielskich, bo w trakcie “przyjacielowania” wracali, a kiedy już odchodzili z mojego życia, to każdy załapał na pożegnanie porządnego kopa pomiędzy nogi (niekiedy tylko mentalnie, niekiedy i dosłownie) i o przyjaźnie nie mogło być mowy. I w tym przypadku o przyjaźni wolę nie myśleć. Po co powtarzać stare błędy jak odgrzewane kotlety? Rozstać się nie było łatwo, bo sentymentalna jestem i sentymenty w finalnej scenie, w punkcie kulminacyjnym całej tej farsy w kiepskim cyrku na podniszczonym trapezie z kulawym klaunem i osowiałą akobatką dopadły mnie z podwójną mocą i, nie powiem, ale na sam koniec okraszone zostały dwiema sporawymi łzami. Chyba nawet szczerymi. Ot, szkoda lat. Bo to, co razem przeżyliśmy, stało się i nie da rady tego odklepać, odklaskać, albo odstukać w niemalowane. Stało się, ale pora podnieść kotwicę i wyruszyć w nową podróż.
Podróż. Wielu filozofów i estetyków mówiło o podróży w ten sposób, że nie tyle istotne jest osiągnięcie celu, co sam proces wędrowania. Bo kiedy człowiek osiąga cel, który sam sobie wcześniej wyznaczył, traci go sprzed oczu i dzieje się tak, jakby stracił cały sens swojego wędrowania. Osiągnięcie celu to jedynie krótki moment, a poprzedza go wiele dni, a nawet i lat pełnych trudów i znojów. A to wszystko tylko dla krótkiej chwili, po której pojawia się niedosyt i uczucie niespełnienia… Skoro więc doszłam do takiego punktu, w którym ogarnęło mnie przeświadcznie, iż cel został osiągnięty, musiałam wyruszyć w nową drogę, z nowym towarzyszem. I jestem szcześliwa. Nie chcę oglądać się za siebie. I mimo że nie mam stuprocentowej pewności, że to będzie trwało wiecznie, albo przynajmniej bardzo długo, nie myślę teraz o tym. Jestem szczęśliwa i chyba kochana, ale w taki dziwny sposób przez bardzo dziwnego człowieka i jeszcze nie znalazłam słów, żeby to opisać.

A co do przyjaźni z “eks” – mi idzie całkiem nieźle, choć swoje z początku wycierpiałem
Jak mija wakacyjny czas?