I’ve got more wit, a better kiss, a hotter touch, a better fuck

•listopad 9, 2009 • 1 komentarz

Dni są coraz krótsze, a ja mam coraz więcej do zrobienia. Nie mam pojęcia, jak to zrobiłam, kiedy w ubiegłym roku pracowałam i pisałam pracę mgr jednocześnie. Niby do zrobienia było więcej, ale chyba bardziej mi się chciało. Teraz czuję się bardziej zmęczona. Baterie wysiadają za szybko, a nie ma tej energii (nawet negatywnej), którą mogłam je naładować. W ogóle czuję deficyt emocji. Jakaś pieprzona jesienna nostalgia, idiotyczny marazm złapał mnie w swoje obrzydliwe łapska, a ja jakoś nie mam ochoty z tym walczyć, uwalniać się na siłę. Wiem, że człowiek nie może obojętnieć, bo zgnije w środku, ale co zrobić? Zwyczajnie nie mam ochoty na jakąś spektakularną walkę z wiatrakami…

Moja rodzina. Może nie w pełni rodzina, ale ogólnie bliscy mi ludzie. Mają wyobraźnię nie lada. Zaskakują mnie swoimi pomysłami. A najgorsze, że pomysły te dotyczą mnie bezpośrednio. Doprawdy nie posądzałabym ich o to, ale cóż, ludzie potrafią zaskakiwać i to w najmniej oczekiwany sposób. Matka dopatrzyła się czegoś w moim zachowaniu. Jak tylko się dopatrzyła i zaniepokoiło ją to i owo, pociągnęła za wszystkie sznurki, żeby problem sprowadzić do stadium nazwania go po imieniu. Za rozwiązywanie wzięła się od dupy strony, bo zamiast porozmawiać ze mną, porozmawiała ze wszystkimi dookoła. Na pierwszy ogień poszedł D., który rolą przejął się do tego stopnia, że aż przyjechał nakłaniać mnie do cudownego lekarstwa. Żeby tego było mało, porozmawiała również z moją dyrekcją, która wczuła się nie mniej i zaprosiła mnie na “szczerą rozmowę”. Rozmowa polegała na uporczywym zadawaniu mi pytania o moje problemy. Oczywiście nie podzieliłam się z nią własnymi sekretami, bo po co. A to ściągnęło gniew boga fikcyjnego i stwierdzenie, że jest naprawdę źle. Rozwiązaniem miała okazać się psychoterapia, gdyż dopatrzono się u mnie skrywanej depresji lub innych zaburzeń psychicznych. Przepraszam, muszę się napić. Na trzeźwo trudno o tym myśleć, a co dopiero pisać…

No więc, kurwa, język mi się wyostrzył i z dziwa nie może mi zejść, że nagle matka moja, z którą przez trzy lata porozmawiałam może dwa razy na rok, wtedy nie przejmowała się zupełnie moim stanem psychicznym, teraz gra zatroskaną i kochającą. A jeszcze bardziej zadziwia mnie fakt, że D. potrafił przez prawie rok niezależnie pierdolić dwie kobiety i w tym samym czasie jeszcze mi się oświadczyć i jakoś wtedy nie miał na uwadze mojego stanu psychicznego… Kurwa. No normalnie taka kurwa, że chuj.

Nie wiem, zaczynam się czuć jak Józef K. Zaraz mnie osądzą, wydadzą wyrok i wyślą na wypoczynek do Środy Śląskiej… Przewiduję swój rychły koniec. Ucieknę najprawdopodobniej. Nie wiem. Dziś dojrzałam do tego, że głośno sama przed sobą przyznaję, że tęsknię niemiłosiernie za tym, co sama sobie odebrałam i wiem, na pewno to wiem, jestem tego pewna, że on, że On nie zrobiłby mi tego. Tęsknię za Nim. Za tą swobodą myślenia. Komfortem psychicznym i poczuciem bezpieczeństwa. Wiem, że mogłabym przy nim, przy Nim zrobić coś najbardziej absurdalnego na świecie i on, i On by to zrozumiał. Nie zadałby żadnego głupiego pytania, nie chciał znać powodów, ale byłby obok. Ze mną. Teraz to wiem. Teraz potrafię sobie to wyobrazić. Teraz czuję, że jego przeszłość nie byłaby przeszkodą. Wiem, że uciekłam. Broniąc się przed stereotypami, sama popadłam w nie. Utopiłam się w tych frazesach i konwenansach. Chciałam pewnie normalnego życia, a tymczasem ktoś śmie wmawiać mi, że nie jestem normalna i potrzebuję pomocy.

Wydaje mi się, że nadszedł taki dziwny moment, w którym nie jestem w stanie sama siebie określić. Wolny elektron? Niby nie. Może taki mały książę, który nie może znaleźć swojej róży. Prędzej czy później. Tak czy inaczej. Chyba czas na ostre cięcie.

wszyscy święci balują…

•listopad 1, 2009 • 1 komentarz

… a my, kurwa, musimy sprzątać.

Nie idę na cmentarze. Nie chce mi się uczestniczyć w rewii mody, przepychać się między ludźmi. Znicze można zapalić w każdy inny dzień. A groby i tak lepiej wyglądają, gdy są obsypane liścmi, a nie wysprzątane i lśniące jak psu jajca.  Ojcu pewnie i tak jest wszystko jedno, czy odwiedzę Jego zwłoki ten dzień.

Irytują mnie błędy językowe, które czasem sama popełniam. Chciałabym nigdy nie dorosnąć, znowu być dzieckiem, bez problemów, obowiązków, rachunków do zapłacenia i niepokoju w sercu. Mam wrażenie, że z dnia na dzień robię się coraz bardziej obojętna na to wszystko. Albo mi już nie zależy i wygrywa konformizm, na który świadomie nigdy się nie zgodzę, albo wciąż mi zależy, ale nie mam siły się postarać. Sama już nie wiem.

Jest mi źle. Ciężko mi uporać się z tym, że tak trudno przyznać mi się przed samą sobą do tego, że żałuję. Że popełniłam błąd. Wspomnienia wracają. Mocno. Jaskrawo. Wszystkie zmysły pracują na podwójnych obrotach, żeby pomóc mi odczuciami wspomianać to, co było między nami. Czuję smak papierosa na mrozie, kiedy pierwszy raz go zobaczyłam. Ten uśmiech. Długie, kościste palce. Delikatny zarost. Linia podbródka. Błękit oczu. Więc siedzę sobie wieczorami i wspominam to, co minęło. Ciągle jest do dupy. Bez przerwy jest do dupy. Jak zrobić, żeby było lepiej? Jak sie pozbyć takiego balastu? Jak się pogodzić z tym, że jest we mnie cząstka, która żyje bardzo mocno, ale nie ma szans na przeżycie. Chyba męczę się tym wszystkim.

Matrioszka

•październik 14, 2009 • 2 komentarzy

Rosjanie w banalny sposób oddali złożoną naturę człowieka, a do tego jeszcze idealnie odzwierciedlili fiilozoficzny pogląd tak powszechny dla postmoderny, jakoby człowiek był marionetką sterowaną przez swoje popędy, tudzież siły wyższe – czyt. innych ludzi. Czy istnieje inna wyższa siła dla człowieka niż drugi człowiek? Gdzieś ponad nami winien znajdować się bóg o wielu twarzach i wielu imionach. Dla każdego inny, dla każdego odpowiedni. Jak bielizna, albo ulubiony gatunek kawy. Niemniej jednak, bóg zanika gdzieś, chowa się po kątach, zakurzony, zapomniany. Nie dowierzać to chyba lepiej, niżby wierzyć bezmyślnie. A ja ciągle nie dowierzam. Wracając jednak do meritum…

Matrioszka – niby jedna, a jest jej wiele. Natura konkretnego człowieka też jest niby jedna, a mówi się, że jedna osoba ma wiele twarzy. Rozbierzmy więc matrioszkę. Odrzyjmy ją z sekretów. Zobaczmy, co ma w środku. Zobaczmy, czy właściwie ma jakiekolwiek wnętrze.

Warstwa pierwsza. Z zasadami. Ugrzeczniona. Bez buntu i ideologii niczym sperma wylanej na twarz dziwki. Pełna kultura. Kamienna twarz. Czyste włosy i paznokcie. Trochę ekstrawagancji. Wszystko w granicach normy. Do obrzydzenia.

Warstwa druga. Potrafię się śmiać. Naprawdę. Ale tylko przy niektórych. I tylko z niektórych rzeczy. Generalnie jednak najlepiej czuję się w swoim towarzystwie.

Warstwa trzecia. Bez pardonu. Rzucam kurwami i talerzami. Palę i piję. I jestem bardzo niegrzeczną dziewczynką, która dawno temu wyrosła z różowego sweterka.

Warstwa czwarta. Potrafię płakać. Potrafię się smucić. Mam sumienie i skrupuły. To już level dostępny tylko dla mnie. Moje demony, moje niepokoje. Moje wybory i złe decyzje. Moje życie, które pierdolę każdego dnia.

Warstwa piąta. Ta pustka. Ostatnia laleczka nie ma nic w środku. Nie zmieści się w niej następna. I zostaje wydrylowana z czegokolwiek. Można ją wypchać watą, albo zgniecioną gazetą. Można zapakować trociny i garstkę piasku albo brudnej ziemi. Nic. Zwykłe nic. Nic ponad cokolwiek.

Powiedzmy, że człowiek przez całe życie odkrywa te etapy. Być może wielu nie dochodzi do ostatniego. Jeśli jednak zdarza się takie coś, to co pozostaje zrobić mu, jeśli już wie, że nie ma nic? Nie można wszkaże z niczego zrobić coś, choćby miało się niesamowitą smykałkę do majsterkowania. Nie nam bawić się w boga lub naturę, jak kto woli, zostawić należy wielkie rzeczy wielkim siłom. Ale chyba przychodzi taki moment, że chciałoby się nieśmiało zdąrzyć przed owym bogiem lub naturą, losem lub kosmosem. Samemu rozprawić się ze sobą. Wziąć sprawy w swoje ręce i delikatnie koniuszkami palców rozbroić bombę. Bo co się stanie, jeśli ta wybuchnie? Może przecież zranić kogoś nieopatrznie. I wtedy jak żyć z takim balastem, że się w porę nie rozbroiło swojej machiny?

Przychodzi taki moment, że wszystko da się skwitować jedynie sarkastycznym prychnięciem, bo na żal i łzy brakuje siły. Oczy przecieram ze zdumienia, że wciąż znoszę sama siebie i dziwię się niezmiernie, skąd biorę ten upór i siłę. Ale z dnia na dzień wydaje mi się, że to nie ma sensu.