Jest takie głupie uczucie, durne i niemożliwe do opanowania, kiedy do oczu cisną się łzy i żal, cholerny żal samej siebie nastaje. Niedobrze i jakoś taki trudny do opisania stan, kiedy wiesz już, że wiesz, ale wiedzieć nie chcesz do końca. Jak? Można na boso, po kamieniach ostrych. Może da się inaczej, nie raniąc siebie? Nie, to jasne, że nie. Nigdy się nie dało. Nie uda się za nic w świecie nie pokiereszować własnej siebie, raniąc z premedytacją innych. Nie da się.
Jeden dzień. Kolejny. Taki, jak poprzednie. Ale wiesz, że coś pęka. Lada moment się wyleje. Nie poskromisz tego. Nie powstrzymasz. Nawet nie próbuj. Nie uda ci się. Więc czekasz, co przyniesie ten dzień, ale w głębi ducha wiesz, że dziś nie będzie takie jak wczoraj i tydzień temu.
Wstaję rano. Przespane dziesięć godzin. Rano kawa z kostką cukru. Bez mleka. Ubieram się na czarno. Czarny wyszczupla i dodaje powagi. Dodaję pomarańczowe korale i już jest weselej. Związuję włosy. Jak zawsze. Jak zwykle przed wyjściem do pracy kłócę się z matką o wszystko. Trzaskam drzwiami i na przystanku zapalam papierosa. Jadę do pracy i zwalniam się po godzinie. Podobno źle się czuję. A czuję się nieźle. Jadę do niego. Chcę go zobaczyć. W końcu spotykamy się po dwóch godzinach i jest tak, jak sądziłam. Nic nie czuję. Nic. Absolutnie. To znak, że pora kończyć. To znów nie to. Nie rozumiem siebie, ale wiem, co czuję. A czuję, że to nie to. Kręcę głową. Nie pojedziemy do ciebie, mówię. Nie pojedziemy już nigdzie. Nie wiem, dlaczego tak zaciekle w sobie o niego walczyłam. Po co? Dla paru miesięcy? On pyta, co dalej. Ja mówię, zapomnij. I wszystko jasne.
Nie ma miłości. Nie ma jej dla mnie. Chyba kochać nie nauczę się nigdy. Nie wiem, jak to się robi, żeby kochać na stałe, na dłużej. Nie zostaniemy przyjaciółmi, nawet znajomymi nie zostaniemy. Nie ma takiej potrzeby. Dziś wiem, że umiem sobie radzić sama. Nawet jeśli jest mi smutno, to raczej smutnawo. Pewnie znajdę kogoś. Może niedługo, może za rok, albo później. Prawdopodobnie będzie mi się wydawało, że to ten jedyny. Potem złudzenia opadną. Zostanie trochę kurzu i słodkawy posmak w ustach.
Wracam do domu. Rozpuszczam włosy. Robiąc kawę, kłócę się z matką o nic. Biorę prysznic. Kawa stygnie. Z mokrymi włosami piję zimną i palę. A potem kładę się z moim sprawdzonym Ulissesem do łóżka i mile spędzamy kolejne godziny. Uśmiecham się pod nosem i podśpiewuję „She’s alright, she’s ok”. Kolejny związek za mną. I chyba mi lżej…
