rewolucje

•Styczeń 26, 2010 • 1 komentarz

Zaczęło się banalnie. Spotkałam koleżankę z podstawówki. Ogólnie rzecz biorąc, żadnej koleżanki z podstawówki nie mogłabym określić mianem serdecznej, ale powiedzmy, że ta była najmniej nielubiana. Koleżanka więc światowe życie wiedzie, w stolicy mieszka, pracuje w firmie przeogromnej, dorabia jako fotomodelka. Faceta ma i za mąż chciałaby niebawem wyjść. Ćwierkota i szczebiocze, jakie to życie jak w bajce i wspaniale jej się układa na każdej płaszczyźnie… Cała jest jednym wielkim szczebiotem. Roześmiana, zalotnie zarzuca długimi, idealnie prostymi włosami koloru platynowy blond. I potem pada fundamentalne dla mnie pytanie, jak mi leci. Rozmowa blednie, rzednie, jak piasek przesypują się słowa przez palce. Nie ma o czym mówić. Nie jestem ciekawym tematem.Od dawna nie mam nic do powiedzenia. Coś tu jednak nie styka, bo w takich konfrontacjach to ja zawsze byłam górą, a przynajmniej nigdy nie czułam się tak, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro kapuśniaku. Nienawidzę kapuśniku.

Zaczęło się od tamtego spotkania. Coś we mnie pękło. Głośne kurwa mać rozbiegło się po trzewiach i każdej pieprzonej komórce. Tętniło chwil parę. I jeszcze trochę. Może nawet dni parę. I nagle myśl błyskotliwa się pojawiła. Mam dwie ręce, więc mogę wziąć w nie swój los. Mogę. Unicestwianie nie wychodziło mi najlepiej, więc dlaczego by czegoś nie naprawić? Naprawiam. Zaczęłam subtelnie. Od telefonu. Może się spotkamy? Masz ochotę porozmawiać, bo ja tak… On też miał ochotę. Jedno spotkanie wyszło drętwo. No dobrze. Bywa i tak. Dajmy sobie szansę, może następnym razem nie będziesz taka spięta… Opowiedz mi, co robiłeś beze mnie? Nic, co miałoby jakiś sens. Od słowa do słowa, w głowie mojej rewolucje, w sercu trzęsienia ziemi i wybuchy wulkanów. Powoli dociera do mnie, że straciłam tyle czasu. Czas był nam potrzebny. Bez tego rozstania nigdy nie doceniłbym tego, jak wiele miałem. Mogę mieć? Pozwolisz mi znowu być ze sobą?

Wiedziałam, że się uda. Nawet wtedy, gdy byłam skrajnie smutna. Nawet, gdy wydawało mi się, że nic nie ma sensu, że nie będziemy razem. Nawet wtedy wiedziałam, że się uda. On też to wiedział. Jednak musiałam tego chcieć. Chciałam od samego początku. Musiałam uwierzyć. Wciąż jeszcze nie dowierzam. Mimo wszystko zaryzykowałam. Zaczynamy od nowa. Nie z czystą kartą, bo trochę zdążyliśmy już nabazgrać i nakreślić, ale od nowa. Nie wiem, czy się uda. Obiecuję sobie, że tym razem będę ostatnią z nas dwojga, które odejdzie. Nie wypuszczę takiego skarbu z rąk.

Czuję się teraz dobrze. Po raz pierwszy od wielu miesięcy. Jest mi po prostu fajnie. Jestem teraz tam, gdzie moje miejsce.

self control

•Styczeń 6, 2010 • 1 komentarz

trzymasz się w ryzach i świadomie rezygnujesz z interpunkcji po coś. w jakimś dziwnym celu. nie poznasz go dziś. ani jutro. nie wiesz, czy go poznasz kiedykolwiek. czy ci to przeszkadza? nie umiesz odpowiedzieć na takie proste pytanie. ale znajdujesz miliony innych na niezadane pytania. rozpoczął się kolejny rok. jak amerykański sen z metaamfetaminą i kulkami jakiejś dziwnej meskaliny, po której masz halucynacje, o jakich filozofom się nie śniło. zapewne nawet wojaczek doświadczył słabszych. i cała ekipa z las vegas parano też. i dziwisz się niezmiernie, bo halucynacje to rzeczywistość i wszystko przekręca się w papkę, niemożną do przełknięcia. nawet na trzeźwo.

kawałki prawdy. o samej sobie. o świecie. składam z troską i uwagą. nie mogą się potłuc w żadnym wypadku. ani wyszczerbić. te smutne poobwijam w bandaże, może smutek wyparuje. tymczasem sklejam tych parę, które zdają się jeszcze oddychać.

I’m totally fucked up

•Grudzień 27, 2009 • 1 komentarz

Święta to taki czas, kiedy dotkliwiej widać wszystkie porażki. Najgorsze jest wtedy, gdy przy wspólnym stole z całą rodziną naprzeciwko starasz się robić jak najlepsze wrażenie, a i tak wszyscy patrzą na ciebie z politowaniem. Okropność. Za taką dawkę pozytywnej energii i sił witalnych mogę podziękować oczywiście mojej matce, która ma genialne pomysły o każdej porze dnia i nocy i nie zawaha się ani sekundę, aby je realizować. A ja zazwyczaj jestem czymś w rodzaju królika doświadczalnego. Nie inaczej.

Kolejnym problemem, który pojawia się na horyzoncie jest sylwester, który ja mam zamiar spędzić samotnie, poniewierając się pomiędzy dywanem a podłogą i racząc się winem różowym i innymi używkami cięższego kalibru. Matka chciałaby na wieczór ten wyjechać z mężem swoim, ale boi się, że zostanę sama. I że przyjdzie mi do głowy wykorzystać sposobność i targnąć się na swoje jakże drogocenne życie. Mówię: “daj spokój, nie zrobię ci tej satysfakcji”, a ona syczy: “ty dziwko”. Jest po staremu, czyli znowu się nienawidzimy, nienawiścią szczerą i czystą. Pytam się, od kiedy jej na mnie zależy. I chyba nic dziwnego, że odpowiedzi nie otrzymam, bo najzwyczajniej nie zależy. Wszystko to tylko puste słowa, pozory, gesty bez podszycia. A cała sprawa była nie tyle bolesna, co nieprzyjemna. A to różnica.

Rok kończy się powoli. Nowy nadchodzi pełen niespodzianek, z pewnością lepszy. Lub gorszy. Właściwe podkreślić. Zrobiłabym bilans, wypisałabym dobre i złe chwile, zastanowiłabym się, jakie wnioski należałoby wyciągnąć… I po co to wszystko, skoro w kolejnym i jeszcze następnym popełnię te same błędy i znowu coś spierdolę? Rozmawiałam z R. parę dni przed wigilią, bo mnie wyciągnął na piwo. Na jednym się nie skończyło i wróciłam do domu gdzieś w środku dnia następnego, środki lokomocji zmieniając parokrotnie z powodu nagłego przypływu choroby lokomocyjnej. Heh. Po piątym piwie, niestety pamiętam, co mówiłam, wydukałam, że myślę o nim i zapowiada się, że myśleć nie przestanę. I że na nim tylko mi zależy. I nie przestanie zależeć. I że sobie odcięłam drogę i z tego nigdy przenigdy nic nie będzie. R. myślał długo i mówi: “a może spróbuj do niego zadzwonić, w końcu to święta. może to taki czas wybaczania?”. Ja mu na to, że nie absolutnie i w żadnym wypadku, bo jestem pierdoloną kobietą i mam swoją dumę, a on na to: “to zostań lesbą”. Kurwa. To jest myśl. Ale z racji tego, że były święta, nie ja wyciągnęłam dłoń na zgodę, ale on. Starszy i mądrzejszy. A ja co? Czytam tego smsa parę razy na godzinę, ale nie udało mi się wymyśleć odpowiedzi. Nie odpisałam więc i zostałoby tak na wieki, ale bardzo nie chciałabym, żeby tak zostało. Tylko jak w 160 znakach zawrzeć cały ból świata zamknięty w jednej małej pięści? Dramatyzuję. Kurwa, jak zwykle.