Dni są coraz krótsze, a ja mam coraz więcej do zrobienia. Nie mam pojęcia, jak to zrobiłam, kiedy w ubiegłym roku pracowałam i pisałam pracę mgr jednocześnie. Niby do zrobienia było więcej, ale chyba bardziej mi się chciało. Teraz czuję się bardziej zmęczona. Baterie wysiadają za szybko, a nie ma tej energii (nawet negatywnej), którą mogłam je naładować. W ogóle czuję deficyt emocji. Jakaś pieprzona jesienna nostalgia, idiotyczny marazm złapał mnie w swoje obrzydliwe łapska, a ja jakoś nie mam ochoty z tym walczyć, uwalniać się na siłę. Wiem, że człowiek nie może obojętnieć, bo zgnije w środku, ale co zrobić? Zwyczajnie nie mam ochoty na jakąś spektakularną walkę z wiatrakami…
Moja rodzina. Może nie w pełni rodzina, ale ogólnie bliscy mi ludzie. Mają wyobraźnię nie lada. Zaskakują mnie swoimi pomysłami. A najgorsze, że pomysły te dotyczą mnie bezpośrednio. Doprawdy nie posądzałabym ich o to, ale cóż, ludzie potrafią zaskakiwać i to w najmniej oczekiwany sposób. Matka dopatrzyła się czegoś w moim zachowaniu. Jak tylko się dopatrzyła i zaniepokoiło ją to i owo, pociągnęła za wszystkie sznurki, żeby problem sprowadzić do stadium nazwania go po imieniu. Za rozwiązywanie wzięła się od dupy strony, bo zamiast porozmawiać ze mną, porozmawiała ze wszystkimi dookoła. Na pierwszy ogień poszedł D., który rolą przejął się do tego stopnia, że aż przyjechał nakłaniać mnie do cudownego lekarstwa. Żeby tego było mało, porozmawiała również z moją dyrekcją, która wczuła się nie mniej i zaprosiła mnie na “szczerą rozmowę”. Rozmowa polegała na uporczywym zadawaniu mi pytania o moje problemy. Oczywiście nie podzieliłam się z nią własnymi sekretami, bo po co. A to ściągnęło gniew boga fikcyjnego i stwierdzenie, że jest naprawdę źle. Rozwiązaniem miała okazać się psychoterapia, gdyż dopatrzono się u mnie skrywanej depresji lub innych zaburzeń psychicznych. Przepraszam, muszę się napić. Na trzeźwo trudno o tym myśleć, a co dopiero pisać…
No więc, kurwa, język mi się wyostrzył i z dziwa nie może mi zejść, że nagle matka moja, z którą przez trzy lata porozmawiałam może dwa razy na rok, wtedy nie przejmowała się zupełnie moim stanem psychicznym, teraz gra zatroskaną i kochającą. A jeszcze bardziej zadziwia mnie fakt, że D. potrafił przez prawie rok niezależnie pierdolić dwie kobiety i w tym samym czasie jeszcze mi się oświadczyć i jakoś wtedy nie miał na uwadze mojego stanu psychicznego… Kurwa. No normalnie taka kurwa, że chuj.
Nie wiem, zaczynam się czuć jak Józef K. Zaraz mnie osądzą, wydadzą wyrok i wyślą na wypoczynek do Środy Śląskiej… Przewiduję swój rychły koniec. Ucieknę najprawdopodobniej. Nie wiem. Dziś dojrzałam do tego, że głośno sama przed sobą przyznaję, że tęsknię niemiłosiernie za tym, co sama sobie odebrałam i wiem, na pewno to wiem, jestem tego pewna, że on, że On nie zrobiłby mi tego. Tęsknię za Nim. Za tą swobodą myślenia. Komfortem psychicznym i poczuciem bezpieczeństwa. Wiem, że mogłabym przy nim, przy Nim zrobić coś najbardziej absurdalnego na świecie i on, i On by to zrozumiał. Nie zadałby żadnego głupiego pytania, nie chciał znać powodów, ale byłby obok. Ze mną. Teraz to wiem. Teraz potrafię sobie to wyobrazić. Teraz czuję, że jego przeszłość nie byłaby przeszkodą. Wiem, że uciekłam. Broniąc się przed stereotypami, sama popadłam w nie. Utopiłam się w tych frazesach i konwenansach. Chciałam pewnie normalnego życia, a tymczasem ktoś śmie wmawiać mi, że nie jestem normalna i potrzebuję pomocy.
Wydaje mi się, że nadszedł taki dziwny moment, w którym nie jestem w stanie sama siebie określić. Wolny elektron? Niby nie. Może taki mały książę, który nie może znaleźć swojej róży. Prędzej czy później. Tak czy inaczej. Chyba czas na ostre cięcie.
